wyszukiwanie zaawansowane

Dragun G. - O projekcie Uli Wilk

Gabriela Dragun1
Papier – powietrze – barwa
O gorzowskim projekcie Urszuli Wilk

Urszula Wilk swoją twórczość traktuje jak proces. Owa ciągłość znajduje odzwierciedlenie w najnowszym projekcie zatytułowanym Sonata na cztery pokoje i błękit, stopniowo ujawniana na różnych poziomach: od formalnego po metafizyczny. Artystka zachęca do doświadczania sztuki wieloma zmysłami, czyniąc widza współtwórcą swoich prac, a samą siebie stawiając w pozycji widza, który dopiero w przestrzeni galerii odkryje całość dzieła, jego ostateczną formę i znaczenie. Ta integralność z publicznością jest możliwa m.in. dzięki przekroczeniu, wyjściu poza schemat odbioru malarstwa tylko zmysłem wzroku.

W realizacji przygotowanej dla Galerii Sztuki Najnowszej w Gorzowie Wielkopolskim Urszula Wilk odwołuje się również do zmysłu dotyku i słuchu. Amfiladowa przestrzeń gorzowskiej galerii pozwala na takie rozmieszczenie obiektów malarskich, by swobodnie układały się w całym jej wnętrzu. Nie ma ram, ograniczających obraz: cztery zwoje o długości 26 m każdy, uwolnione, mogą wić się, układać w meandry. Kształtuje je powietrze i ciężar własny. Widz, przemieszczający się pomiędzy wstęgami, ingeruje w ten układ, dotykając, ocierając się o papier, słuchając jego szelestu. Dodatkowo obraz tworzy, zwielokrotnia światło i cienie rzucane przez ludzi oraz obiekty. Taka polisensoryczność dzieła sztuki i możność wielozmysłowego jego odbioru tworzą nową jakość.

W centrum uwagi Urszuli Wilk pozostaje jednak kolor, to on gra pierwsze skrzypce – że odwołam się do metaforyki muzycznej, wykorzystanej nieprzypadkowo w tytule pracy przez jej autorkę. Sonata na cztery pokoje i błękit jest grą kolorem, przestrzenią, grą z żywiołem powietrza i zmysłami odbiorcy. To przepływ i odpływ, biel, sepia i odcienie błękitu, który wciąga. To cisza i spokój, które ulegają zagęszczeniu, intensyfikacji. Biel i narastająca sepia stanowią niejako tło dla dynamicznej, niepokojącej ultramaryny. Wilk nie interesują relacje między różnymi kolorami, a kolor w zestawieniu z samym sobą, istniejący sam dla siebie.

Tonalne, nieharmonijne przepływy ultramaryny artystka uzyskała łącząc farby wodne i olejne. Dzięki temu zabiegowi pokazała też wielowymiarowość niezwykłej przecież barwy – nazwałbym ją absolutną, niemalże boską (taką spotyka się przecież w cerkwiach i na świętych obrazach, ikonach). Ultramaryna raz rozlewa się i wnika w papier, innym razem wybrzusza się, jakby oddzielała się i wychodziła z papieru. Sam proces twórczy jest równie symboliczny i metafizyczny. Dzieło i jego stwarzanie w wydaniu artystki są niezwykle organiczne. Żywy twór – obraz – powstaje niejako bez dotknięcia pędzla, a zatem nietknięty ludzką ręką (kolejne skojarzenie z ikoną nie będzie tu bezzasadne). Pędzel bierze udział w mieszaniu farb i nic poza tym. Farba jest wylewana, rozmazywana, zagarniania..., skapuje i spływa – rysunek kształtuje żywioł powietrza, proces spadania i grawitacja. Na kartce zostaje utrwalone coś nieuchwytnego: ruch ręki malarza i intencja. Rysunek jest śladem śladu, wyraża niewyrażalne odczucie zatracenie się w procesie twórczym, medytację przez tworzenie. W gorzowskiej galerii papier poleje się jak farba lana na tenże papier w pracowni.

Artystka podczas montażu będzie rozwijać i drapować taśmy pokryte farbą, odkrywając nowe zestawienia, wygrywając swoją błękitną sonatę. Malarskie ujawnianie ma zatem wiele etapów, rozciąga się na pracownię artysty, galerię, ale i być może dom, tego, kto odwiedzi wystawę i kupi fragment obrazu. Widz, wchodząc w interakcje z obrazem i przestrzenią, będzie miał okazję współodczuwania i kontynuowania niezwykłego procesu. A co więcej, pomoże w szukaniu odpowiedzi na pytanie, czym jest niechciane malarstwo. Artystka podzieliła się ze mną intrygującym pomysłem sprzedaży fragmentów swojego obrazu oraz koncepcją niechcianego malarstwa. Widz podczas wystawy będzie mógł kupić odkrojony od całości fragment, sam wybiera, która to będzie część. Po wyprzedaży, być może, zostanie tylko szkielet – czyli to, co niechciane... Ale czy aby na pewno niechciane? Czy niechciane znaczy gorsze? Moim zdaniem, u Wilk następuje dewaluacja tego, co zazwyczaj uznawane jest za dobre, pożądane, a dowartościowanie tego, co odrzucone. Wydaje się, że wystawa Urszuli Wilk nie ogranicza, nie dzieli nikogo i niczego. Oceńcie to widzowie sami!



1Gabriela Dragun - doktor nauk humanistycznych, literaturoznawca i krytyk sztuki